Menu

Amator pisze opowiadania

Piszę różne historie i fanfikcję

Irna

superkubus2001

Rozdział I

– Nie wierz w nic co zobaczysz i pamiętaj, nie podążaj za marzeniami!

 – Ale o co chodzi?

 – Kartlyn, jesteśmy w bańce, staraj się o niczym nie myśleć, bo ułudy cię porwą, pamiętasz chociaż po co tu jesteśmy?

 – Yyy…, nie.

 – Musimy stąd wyjść przy okazji wyzwalając Irnę!

– Kogo?

 – Ach, no tak, jesteś z nami od niedawna, Irna od 15 lat siedzi w tej bańce, porwana przez Karlosa.

 – Nie mogliście jej szybciej stąd uwolnić?

 – Nie wiedzieliśmy, że jeszcze żyje, trzymaj broń, nie wiadomo co może nas tu spotkać – mówiąc to rzucił Kartlynowi szablę.

 – A co może nas tu spotkać, jeżeli wszystko co  tu spotkamy nie istnieje?

 – Irna nie potrafiła opanować się od marzenia, nawet jak była pod naszą opieką, a tu przez 15 lat wszystkie jej myśli przyjmowały formę materialną 2 razy mocniejszą niż normalnie.

 – Coo?

 – Kretynie – powiedział łapiąc się za głowę – Irna miała moc materializowania swoich marzeń, a ten bąbel sprawia, że jej zmaterializowane myśli są całkowicie poza kontrolą!

 – I tak według mnie to jest bezsensu… – wymamrotał Kartlyn.

 – Chodź tępaku i lepiej, żebyś mi nagle nie próbował udowodnić, że umiesz myśleć!

 – Dobra, dobra – powiedział Kartlyn postanawiając, że nie będzie już myśleć, początkowo nie było to zbyt trudne, szedł sobie gapiąc się na plecy starszego bohatera, szybko jednak zapomniał o swoim postanowieniu i zaczął myśleć o chodzeniu i nagle stwierdził, że chodzenie jest naprawdę bardzo ciekawym zajęciem, tym bardziej, że dookoła zaczęły się pojawiać chodzące w kółko nogi i stopy wszelkiego rodzaju i rozmiaru, które niezwykle zaintrygowały chłopaka.

 – Eej?

 – Co?

 – Widzisz te nogi?

 – Tak

 – Aa, co one tu robią? Przecież nie było ich tu wcześniej, a niebo było białe?

 – Myślisz o nich, to się pojawiają, mówiłem ci żebyś nie myślał…

 – Ale jakoś tak wyszło…

 – Nie wcinaj mi się, no dobra, przynajmniej to tylko głupie nogi, nie powinny nas porwać.

 – I to tak się będzie pojawiać jak tylko o czymś pomyślę?

 – Tak, a co… Ej, nawet nie prób…, Idioto! – Nagle dookoła bohaterów zamiast nóg zaczęły pojawiać się gołe kobietki, które kusząco rozciągały się, pokazując swoje niemałe wdzięki. – To ja ci mówię, byś o niczym nie myślał, a ty zaczynasz wyobrażać sobie gołe baby!?

 – Powiedziałeś, że jeżeli o czymś pomyślę, to się pokaże, no po prostu nie mogłem się powstrzymać, by nie skorzystać z takiej okazji – Powiedział chłopak, któremu ślina obleśnie spływała z gęby.

 – Nie no, co ja im zrobiłem, że przydzielili mi takiego głąba za partnera… o nie! – Gdy tylko to powiedział obok kobitek pojawili się goli faceci, którzy natychmiast zabrali się za „Męskie sprawy” – Przestań wreszcie myśleć pajacu – chłopak dostał z plaskacza w twarz, co natychmiast wybieliło bańkę.

 – Przepraszam szefie, głupio wyszło…

 – Zamknij się, słyszysz to?

– Co, nie ja… ej, coś słyszę, jakby śpiew?

– To Ona, Irna, jesteśmy już blisko.

 – Dźwięk dobiega stamtąd, idziemy? – powiedział Kartlyn wskazując palcem prawą stronę bańki.

– Nie, mówiłem ci przecież, że nie masz wierzyć w nic co ci się wydaje, musimy iść prosto, Ona będzie na końcu drogi.

– Mówiłeś, że nie mam wierzyć w nic co zobaczę, nie mówiłeś o słuchaniu…

– Weź się zamknij w końcu i mówię ci jeszcze raz, o niczym nie myśl!

– No dobrze, będę cicho.

Szli dalej, a dźwięk to się ściszał, to pogłaśniał, a świat dookoła zaczął się robić coraz ciemniejszy...

– Ej?

– Co znowu?

– Czemu robi się ciemno?

– Bo o tym myślisz?

– Nie, znaczy teraz tak, ale nie wtedy… - chłopak, zaczął się plątać, więc starszy bohater uznał że uratuje sytuację.

– To może być Irna, wprawdzie, gdy spotkaliśmy się ostatnio była bardzo pozytywną osobą, ale w ciągu 15 lat człowiek może się bardzo zmienić…

Nagle przed nimi pojawiła się ściana i mroczne wrota na środku niej, nad wrotami znajdował się srebrny portal, wyłożony ludzkimi czaszkami.

– Mówiłeś coś o tym, że nie mamy podążać za ułudami?

– Tak, mówiłem, ale teraz chyba nie mamy innego wyjścia, jeżeli ona tam jest, to musimy ją wydostać.

 – To co? Wchodzimy?

I weszli, a to co zobaczyli po drugiej stronie przerosło wszystkie, nawet te najmroczniejsze wyobrażenia tego co jest po drugiej stronie. Otóż zobaczyli tam widoki jak z obrazów Boscha i opowiadań Lovecrafta połączonych sztuką Gigera, widzieli monstra, śmierć i rzezi, a nad tymi wszystkimi okropieństwami wisiała dziewczyna, której kruczoczarne włosy zmieniały się w niebo, mroczne, piekielne - można powiedzieć - niebo.

Obaj bohaterowie byli przerażeni.

– Kartlyn, pamiętasz, jak dałem ci tę szablę na początku drogi?

– Nnnoo? – chłopak trząsł się jak galareta.

– Ta broń do niczego ci się nie zda, ona mogła oprócz tych potworów stworzyć także postacie z jej życia, które będą perfekcyjnie naśladować oryginały.

– Jjjakie pposttaccie ssą sttrraszniejjsze niż te rzrzeczy?

– Ona znała mnie, Ala i Tompsona, młodszych o 15 lat i muszę ci przyznać, że byłem w tedy troszkę bardziej agresywny.

– Oona może stworzyć drugiego Ala? Ja nie chcę umierać!

– Jest cień szansy, że nas nie stworzyła, ale jeśli, to, to, to…

– To co?

– Ja będę musiał ich spowolnić, a ty w tedy pędem biegniesz na górę i odcinasz jej włosy od nieba.

– A co jeżeli to tylko ją rozwścieczy? Przecież ona mnie zabije, a potem pójdzie po ciebie, a nawet ty nie pokonasz tego wszystkiego sam…

– Po prostu idź, jeżeli nie będzie innej opcji wysadzę to miejsce ale proszę, chociaż spróbuj.

– Wysadzisz? Powiedziałeś PROSZĘ!? My tu nie się nie pojawiliśmy by ją uratować prawda? Al kazał ci ją zabić ale ty postanowiłeś, że mimo rozkazu uratujesz ją! Pewnie to ona jest powodem tego spaczenia i co myślisz, że ujdzie ci to na sucho?

– Nie myśl pacanie bo ci orzeszek się przegrzewa, powiedziałem proszę bo jesteśmy na samobójczej misji i nie chciałem by ostatnie słowa które usłyszysz były niemiłe ale, jak chcesz, eghm, zapierdalaj na górę i wykonuj rozkaz bo ci nogi z dupy powyrywam!

I ruszyli, jak można było się spodziewać napotkali klony i straszne bestie, którymi zajął się starszy z herosów. W tym czasie Kartlyn biegł po schodach do nieba, na których końcu znajdowała się zwisająca na włosach dziewczyna. Chłopak wyciągnął szablę i zaczął celować w odpowiednie miejsce, jeszcze kawałek, jeszcze odrobinka i… i… uderzając we włosy Irny szabla pękła, Dziewczyna, która jeszcze przed chwilą wyglądała jakby spała, teraz była bardzo obudzona i bardzo wściekła.

 – Co ty sobie wyobrażasz, kmiotku, ja jestem Boginią, ja żądzę tą krainą, a ty i twój znajomek jesteście robakami, intruzami, którzy są obcy i nieznani, zabiję was wszystkich!

 – Ejejej, nie tak szybko, przepraszam że przeszkodziłem w drzemce, ale ja i nasz wspólny znajomy przybyliśmy tu na pomoc…

 – Milcz, Bogowie nie rozmawiają z pospólstwem, a tego drugiego w ogóle nie znam!

 – Oj znasz, znasz – Mówił Kartlyn omijając kule mrocznej energii, które Irna w niego ciskała – Mojego szefa trudno zapomnieć, on jest baaardzo charakterystyczny, i nigdy nie kłamie, a skoro powiedział, że się poznaliście zanim trafiłaś do bańki, to na pewno ma rację!

 – Jakiej bańce, robaku? Ten świat jest moim światem, stworzył się z wieczności jak ja!

 – Z tym nie mogę się zgodzić! – Ryknął stając pomiędzy nią a Kartlynem – Urodziłaś się na Ziemi, w małej wiosce Wejhniewo, twoimi rodzicami są Artur i Marzena Kuklińscy, w wieku 5 lat twoje moce się ujawniły, gdy zmieniłaś swój dom w wielkiego grzyba, twoi rodzice wysłali cię do miasta w chmurach, pod skrzydła Ala Zickiego, człowieka obdarowanego mocą opatrzności, do miasta zaprowadził cię Rag Sylandir.

 – Kłamiesz, to wszystko jest jednym wielkim kłamstwem, to był tylko sen, o którym nie masz prawa wiedzieć.

 – Rag był z początku dla ciebie straszny, nosił ze sobą dużo broni i mimo, że mama mówiła ci że idziesz do miasta super bohaterów on nie miał ani maski, ani peleryny, tylko dużo broni, jak żołnierze!

 – Skąd to wiesz, to są słowa z mojego pamiętnika!

 – W wieku lat 15 pokłóciłaś się z Ragiem, wyleciałaś z miasta na smoku koloru nieba, ze słonecznymi skrzydłami, potem porwał cię Karlos, którego tego samego dnia znaleźliśmy zastrzelonego, wszystko wskazuje na samobójstwo.

 – Skąd to wiesz!?

 – To ja jestem Rag Sylandir

 – Rag? – Atmosfera wokół zmieniła się diametralnie, Wszędzie ponownie pokazała się biel – To naprawdę ty? Ale przecież zapomnieliście o mnie, a… a ty jesteś taki… taki stary.

 – W bąblu czas płynie inaczej, już wszystko w porządku?

 – Tak, a co wam tak długo zajęło, że całe 15 lat?

 – Śmierć Karlosa zatrzymała nas w martwym punkcie, znaleźliśmy trochę twojej krwi i zdechłego wyimaginowanego smoka, tam tropy nam się urywały, twój micro chip został zniszczony, a ilości spaczenia, które tu powstawały całkowicie blokowały Ala, z ciężkim sercem zgodziliśmy się, że dalsze poszukiwania nie mają sensu, aż do momentu gdy pojawił się ten tu debil, ze zdolnością w wyczuwaniu nadmiaru spaczenia, a tu tego jest niemało.

 – Ja przepraszam za to wszystko, za to spaczenie i za to że próbowałam was zabić, wybaczycie mi?

 – Ekh, ekhm chyba zapomnieliśmy że wciąż nie wyszliśmy z tej walonej bańki! Potem sobie po wypominacie swoje błędy, teraz musimy wykombinować, jak stąd wyjść!

 – Zamknij się młody, nikt ci nie powiedział, że gdy starsi rozmawiają ty masz siedzieć cicho?

 – Przecież niby ona dalej ma 15, auu! – chłopak natychmiast pożałował swojego zuchwalstwa, bo może i on był wyimaginowany, ale dalej to był półkilowy młotek.

 – Nie rycz mały już wychodzimy – powiedzieli prawie że w jednym momencie Rag i Irna, po czym starszy bohater wyciągnął swoją szablę i ciął podłogę. Bąbel zakończył swoje istnienie pyknięciem, a bohaterowie wygodnie rozsiedli się w wymyślonym samolocie Irny, który poleciał w kierunku miasta w chmurach.

 

 

Rozdział II

Tego dnia było bardzo pochmurnie w mieście w chmurach, podopieczni Ala z wolna wylewali się z budynku szkoły, jedni kierowali się w stronę boiska, inni biblioteki, a jeszcze inni rozlewali się bez celu po całym mieście.

Przylot różowego samolotu na lotnisko zwiastował wiele interesujących rzeczy, między innymi: przybycie kogoś nowego, powrót kogoś z misji, oraz okropny gust projektantów maszyny. Wszyscy studenci, którzy zauważyli latający wehikuł robili w tył zwrot i biegiem ruszyli w stronę lotniska, a ci studenci którzy samolotu z jakiegoś powodu nie zauważyli ruszyli w stronę lotniska razem z tłumem niezależnie od woli.

Wokół miejsca lądowania pojazdu zrobił się szczelny mur gapiów, których od rzucenia się do drzwi samolotu powstrzymywało jedynie pole siłowe, wygenerowane przez jednego ze strażników. Każdy chciał być tym pierwszym, który zobaczy twarze pasażerów. Wszyscy stali i patrzyli z zapartym tchem gdy otworzyły się drzwi i nikt nie stał po drugiej stronie, co bardziej wrażliwi mdleli z podniecenia, wtem w drzwiach samolotu pojawił się cień, emocje narastały z każdą sekundą, aż nagle samolot zrobił pyk i zniknął, a na jego miejscu stał Kartlyn, Rag i jakaś na oko 15-letnia dziewczyna. Każdy, kto zobaczył Kartlyna, natychmiast tracił całe to narastające podniecenie i wzdychał z zażenowania i zawodu, a dźwięk przy tym powstał tak potężny, że całe miasto zachwiało się w posadach.

 – Nie no, dlaczego Kartlyn przeżył? No i cała zabawa się skończyła… – westchnął ktoś.

 – Ta, wracajmy na boisko! – odpowiedzieli mu inni i tak duża część widzów opuściło lotnisko z poczuciem wszechobecnego zawodu.

Wtedy do świeżo przybyłej grupy podleciał Al.

 – Chwała Bogu, że was widzę moi drodzy, nie wiecie jak się raduje na wieść, że wszyscy dotarliście tu w jednym kawałku – powiedział pan Al do przybyłych.

Odkąd Irna widziała pana Ala po raz ostatni, on się w ogóle nie zmienił, dalej wyglądał jak mumia, z bandażami popisanymi modlitwami po łacinie, w grece i po staro-cerkiewno-słowiańsku.

 – Pan Al, nie wdzieliśmy się chyba od półtorej dekady, w odróżnieniu do niektórych, panu lata służą – powiedziała Irna przytulając się do mumii opatrzności.

 – Oj nie przesadzaj, to co widać z wierzchu, nie zawsze mówi o wnętrzu człowieka, a ten okres rozłąki nie mało mnie zmartwił.

 – Oj, a pan jak zawsze skromny.

 – No dobrze dosyć tych ckliwych powitań, Kartlyn zaprowadź Irnę do jej pokoju, ja i Al musimy porozmawiać – Powiedział Rag kończąc tym samym niezręczną sytuację.

 – I właśnie, lepiej żebyśmy zachowali twój wiek i doświadczenie w tajemnicy, zrozumiano? – powiedział pan Al do Irny.

 – Dobrze proszę pana. – odpowiedziała mu dziewczyna po czym ruszyła za Kartlynem.

 – No dobrze Rag, o czym chciałeś porozmawiać – powiedział Al, gdy tylko przestał machać Irnie i Kartlynowi na pożegnanie.

– Chodzi o Kartlyna…

– Mówiłem ci, z nim trzeba spokojnie, bez przesadyzmu, jak chce, to potrafi zrobić wszystko tak jak należy…

– Ale ten pacan naraził nas na śmierć, nie wykonuje poleceń, głupio się kłuci o wszystko, a do tego gdy na niego patrzysz wydaje ci się, że jego oczy patrzą na wszystko i równocześnie na nic, on jest taki… taki…

– Odmienny?

– Dokładnie, dlaczego w ogóle go posłałeś na tę misję?

– Czy przeżył?

– No… tak?

– No to dla ciebie jest idealny, mało który z twoich poprzednich towarzyszy przeżył pierwszą misję…

– Ale co z tego, Matias przynajmniej umiał latać, a Korgel był szybki i nie wyglądał jak gówno.

– Ale oboje nie przeżyli, jedyni twoi partnerzy przy życiu to ja, Tompson, Irna i on.

– Tompsona mi nie dasz bo jest ci potrzebny, Irna musi odpocząć i wrócić do formy, zanim będzie zdatna do pomocy, a Kartlyn to idiota, może siebie nie zabije, ale wszystkich dookoła na pewno, weź daj mi kogoś innego…

– Jest taki jeden…

– Nie mów, że cho…

– …Piotr Michalski, Arcysztukmistrz, pewnie go znasz…

– Dobra wezmę Kartlyna.

– No to pomódlmy się za dobrze podjęte decyzje – po tych słowach pan Al złożył ręce do modlitwy, a Rag z wolna ruszył w stronę pokoju nauczycieli.

 

W tym czasie Irna została wprowadzona przez Kartlyna do głównej Sali Domu Dziewczyn, tam odebrała ją jakaś dziewczyna, o złotych włosach i błękitnych oczach.

– Cześć, jak ci na imię? Ja nazywam się Aniela, teraz będziemy przyjaciółkami. Jestem bardzo szybka, chcesz zobaczyć?  – Dziewczyna szybko śmignęła od początku, do końca Sali i dała Irnie lizaka - serduszko – Te dwie, co tam stoją – wskazała dwie dziewczyny głową – to Nikola i Sonia, są bliźniaczkami, potrafią słyszeć swoje myśli, a tu, o cześć – Aniela przywitała jakąś dziewczynę – idzie pani Selina, jest bardzo spokojna, kiedyś podobno zabiła jakiegoś złodzieja wzrokiem, a tam…

Irna szybko znudziła się słuchaniem nakładającego się na siebie bełkotu, który tworzyła Aniela i zaczęła szukać znajomych twarzy. Kiedy została porwana, w mieście było może 20 dziewczyn. Teraz Al zainwestował w osobny dom, a na korytarzach przepychały się ogromne ilości dziewczyn młodszych i starszych.

– Ej, Aniela?

– Tak? Jestem do usług. O co chodzi?

– Czy któraś z dziewczyn jest tutaj dłużej niż 15 lat?

– A co, jakiś krewny ci o kimś opowiadał i jesteś zainteresowana poznaniem tych osób?

– Można tak to nazwać, to jest ktoś?

– Hmm, niech pomyślę… Tak, jest taki ktoś. Anastazja mieszka w piwnicach, ale nikt tam od dawna nie zaglądał, więc nie wiem. Dziewczyny gadają, że tam straszy, ale ja im nie wierzę. Pewnie bym sama sprawdziła czy ta gadanina jest prawdą, ale nie ma tam świateł, a boję się ciemności – dziewczyna się zawstydziła, ale Irny nie obchodziło to o czym gadała koleżanka, ważne było, że któraś z jej starych znajomych ciągle tu jest. Ana była kilka lat od niej młodsza. Zawsze siedziała w cieniu, w którym z powodów znanych tylko niektórym czuła się o wiele lepiej.

Była bardzo skrytą osóbką, zawsze ubraną w ciemne ubrania, ale Irna nie nazwała by jej ani Gotem, ani Emo, po prostu, Ana była smutną dziewczynką schowaną w cieniu rzeczywistości.

– …O, a tu jest nasz pokój – Aniela wyprowadziła Irnę z zamyślenia – będziesz spała w tym łóżku obok mojego. Wieczorami będziemy mogły sobie gadać, jeść wspólnie pizzę i oglądać horrory na moim telewizorze – dziewczyna z dumą pokazywała kolejne części designu pokoju, a Irna zastanawiała się czy zadać Anieli pytanie, jakim cudem, taka papla miała do niedawna własny pokój, a jej nawet tego nie zaproponowano. Jednak sumienie dziewczyny przeważyło, i stwierdziła, że nie zepsuje nowej lokatorce humoru.

Aniela pomogła Irnie się rozgościć, po czym poszła na miasto kupić jakieś rzeczy. W tym czasie Irna postanowiła, że odwiedzi Anastazję i ten jej upiorny loszek.

Zejście do piwnicy rzeczywiście wyglądało dosyć upiornie. Dziwne mroczne rysunki na ścianach przedstawiały, obok normalnych męskich genitaliów i obraźliwych napisów, jakieś znaki, potwory i typowe dla miejsc zamieszkałych przez ludzi niezwykłych ruszające się, lub świecące bazgroły.

Gdy w końcu dotarła na sam koniec schodów, zauważyła że światło nie działa.

Anastazja zawsze siedziała w ciemnych dziurach, a tu nie dość, że było ciemno, to jeszcze śmierdziało, było straszliwie duszno i wokół unosił się dym.

Irna wyobraziła sobie światło, więc korytarz natychmiast stał się jasny. Ściany całe były porysowane jakimiś rysunkami, a pod koniec korytarza znajdowały się brudne, zniszczone drzwi.

Dziewczyna ruszyła w ich stronę, a im podchodziła bliżej, tym zapach i dym stawały się gęstsze i bardziej intensywne.

Z pod drzwi wydobywało się lekkie światło, jakby od świecy. Irna nie odważyła się dotknąć klamki, do otwarcia drzwi użyła wyobraźni.

Z pokoju buchnął w nią śmierdzący dym, od którego bohaterce łzy podeszły do oczu. Dziewczyna, gdy tylko doszła do siebie, rozwiała dym. Na środku pokoju stało okropnie brudne biurko, a na nim stała od dawna zapełniona niedopałkami skrętów popielniczka. Dalej leżały przeróżne butelki, puszki i  dzbanki. Przy ścianach stały równie zaniedbane i zapełnione śmieciami szafki. Z tyłu stały wielkie baniaki z jakimś bulgoczącym syfem, a dalej aparatura, na której końcu sterczał kranik, z którego wypływały dziwne płyny.

Przy biurku, na małym krzesełku siedziała paskudna stara baba, która w ustach trzymała skręta, a w okropnie przeschniętych, żółto-brązowych rękach skręcała kolejnego korzystając z jakiegoś dziwacznego ziela. Irna od razu rozpoznała, że to nie może być żadna znana jej roślina.

– Dzień dobry, czy zastałam Anastazję? – powiedziała Irna niepewnie.

– A kto psia jego mać pyta?

– Stara znajoma z dzieciństwa…

– Spierdalaj, pewnie jesteś kolejnym głupim dzieciakiem, który chciał pokazać jaki z niego chojrak, wypierdalaj przeszkadzasz mi w pracy!

– A jaka jest pani praca?

– A po chuj ci ta wiedza?

– Bo chciałabym wiedzieć…

– Ja degustuje i pilnuję, żeby takie gnoje jak ty się tu nie zbliżały, wiec WY-PIER-DA-LAJ!

– Najpierw chcę się spotkać z Anastazją! – Irna powoli stawała się coraz mniej przychylna by gadać z tym śmierdzącym zombie.

– Ale ona nie chce się widzieć z tobą, bo cię nie zna…

– Zna, bo ja jestem Irna!

Naglę na biurku zaczęło coś dzwonić, wiedźma rozgrzebała stos puszek i wyciągnęła z niego słuchawkę archaicznego telefonu.

– Tak Panno Ann? Na pewno? – Stara baba zerknęła na Irnę – No dobra, wpuszczę ją… – to mówiąc pociągnęła za wajchę i pod stopami Irny pojawiła się zapadnia.

To nie była pierwsza pułapka nieskończonego lotu, na jaką w życiu trafiła Irna. Po chwili spadania bohaterka wyobraziła sobie podłogę, nieskończony tunel zniknął, a przed dziewczyną pojawiły się kolejne stare drzwi.

 Bohaterka przebadała wejście, sprawdzając czy aby nie założono na nie kolejnej sprytnej pułapki. Dziewczyna złapała za klamkę i powoli zaczęła odchylać drzwi. Z wnętrza buchnął dym o specyficznym zapachu.

 Po chwili Irna skupiła swój wzrok na wnętrzu pokoju. Generalnie było tam bardzo ciemno, a światło dawały wysokie świece ustawione dookoła szerokiego łoża. Z końca łóżka sterczały kozie kopyta, które kończyły się nagimi nogami. Dalej znajdował się w cale zgrabny tyłek, nad którym machał sobie ogon. Powyżej znajdowały się plecy i zakrywające łopatki kruczoczarne włosy, z pod których wyrastały średniej długości rogi.

Irna wiedziała, kto był właścicielem tego diabelskiego ciała, ale była szczerze zdziwiona, gdy postać obróciła się, pokazując sympatyczną, acz trochę jakby nieobecną twarz.

Z ust dziewczyny sterczała długa fajka, z której wylatywał bardzo gęsty dym.

Anastazja bardzo chętnie przywitała by się z gościem, ba może by i wyściskała dawno zaginioną koleżankę, ale narkotyk dawno wypalił w niej jakąkolwiek chęć do poruszania się, czy nawet możliwość próbowania zrobienia tego bez wcześniejszego upadania na każdym kroku.

– Ana, przepraszam, to moja wina! – wykrzyknęła Irna wtulając się w bezwładne ciało Anastazji – Powinnam była tu być i dbać o ciebie…

– Izzna, esstess… - Anastazja z trudem próbowała się przywitać, ale czując, że próby są bezsensowne skupiła całą mroczą energię na otrzeźwianiu samej siebie. W tym czasie Irna próbowała skoncentrować całą swoją moc wyobraźni na uczłowieczeniu i ubraniu koleżanki, jednak z mizernymi efektami. Cała moc spływała z diablicy, niczym masło po grzance.

– Moje moce nie działają na ciebie, co się stało? – Zapytała powoli dochodzącą do siebie koleżankę.

– Po twoim odejściu kilku już próbowało, w tedy zaczął mi rosnąć ogon, a wszystko związane z kościołem i religią zaczęło mnie krzywdzić. Potem zaczęły mnie odwiedzać demony, to było straszne, nawet nie wiesz…

– Wiem, musisz się uspokoić…

– NIE, NIE WIESZ! – Anastazja ryknęła a świece buchnęły strasznym ogniem – CIEBIE DEMONY ODWIEDZAJĄ CO NAJWYŻEJ W KOSZMARACH, A DO MNIE CAŁE PIEKŁO PRZYCHODZI DZIEŃ, W DZIEŃ, NOC W NOC! – Anastazja zapłakała – Ty nie słyszysz cudzych myśli; Ty nie czujesz potrzeby by zabijać; Ty nie czerpiesz przyjemności z całego zła które dzieje się wokół ciebie; Ty nie musisz ciągle walczyć z własnymi instynktami i nieubłaganą żądzą, gdy demony oferują ci udział w swoich orgiach i rzeziach niewinnych; Ty nie chcesz przegryźć gardła każdej dziewicy i każdego młodzieńca, których krew pociąga cię bardziej niż ćpuna narkotyk; Ty nie wyglądasz jak demon, który nawet nie może się zakryć, bo wszystko co próbuje go okryć natychmiast płonie i Ty nie musisz się bez przerwy upalać by móc przeżyć dzień bez cierpienia świadomości, przez którą nie mogę żyć normalnie; TY nic nie rozumiesz… - Dziewczyna nawet nie zauważyła, że już nie leży na łóżku, tylko lata na nowo wyrosłych diabelskich skrzydłach.

– Przepraszam cię, ale może chociaż mogłabym znaleźć ci ubranie odporne na twój ogień…

– I z czego je zrobisz, z azbestu? To płomienie piekielne dziewczyno, próbowałam już wszystko, jedyne co wytrzymało to postna włosienica, ale jak mówiłam, religia mnie krzywdzi nawet mocniej niż te włosy.

– Ale gdyby jednak, to czy wyszłabyś ze mną na górę?

– Wyjdę, teraz chętnie bym wyszła, ale Al mi powiedział, że nie mogę studentów straszyć, więc tu siedzę  i  ćpam.

–  No to dobrze, znajdę ci ubranie i będę miała przynajmniej z kim porozmawiać w tej paskudnej ruderze.

 

Gdy Irna wróciła do pokoju, Aniela siedziała na łóżku z ręcznikiem na głowie i jedząc jakieś chrupki oglądała telewizję, a właściwie przerzucała kanały.

– I co tam w lochach? – spytała Irnę, gdy ta zaczęła się myć

– Wszystko w porządku, ale…  wiesz gdzie tu robią Super Stroje?

– A po co ci? Nowych i tak nigdy nie wysyłają, nawet na patrole po Mieście, ja nigdy nie myślałam o tym, by iść do pani Vis.

– Pani Vis?

– To nasza projektantka. Pan Al stwierdził, że nie możemy schodzić do Miasta za każdym razem gdy któryś z nas idzie na pierwszą misję, więc podpisał układ ze znaną projektantką, panią Vis, nawet udostępnił jej miejsce na willę na Krańcu Chmury.

– Ok, dzięki, pójdziesz tam jutro ze mną?

– Właściwie fajnie by było mieć już własny kostium, tym bardziej, że jutro sobota, mamy wolne od szkoły, więc mogłybyśmy pójść razem sobie coś zamówić.

–  Ok, to załatwione. – Irna spojrzała na zegarek i widząc godzinę wydała koleżance proste polecenie – Gaś światło, idziemy spać, dobranoc.

– Dobranoc.

 

 

Rozdział III

Irna z Anielą z samego rana ruszyły w kierunku Krańca Chmury.

Rezydencja pani Vis była wielką willą utrzymującą się w równej kompozycji bieli i czerni. Dziewczyny stanęły przed głównym wejściem i zadzwoniły do domofonu. Po chwili czekania z drugiej strony wydobył się dziwnie zimny i przeszywający mózg dziewczęcy głos.

 – Tak?

 – Dzień dobry, myśmy chciały porozmawiać z panią Vis – powiedziała Aniela.

 – Już do was schodzę.

Po tych słowach drzwi na podwórko się otworzyły, a za nimi stała ubrana na biało, straszliwie blada dziewczyna.

 – Proszę iść za mną – powiedziała dziewczynka.

W tej nieskazitelnie białej postaci było coś niepokojącego. Irnie się to nie podobało.

Budynek w środku był utrzymany w identycznym designie co na zewnątrz.

Upiorna dziewczyna nagle się zatrzymała, a znajdujące się obok drzwi stanęły otworem. W pokoju za drzwiami siedziała pani Vis.

Była ona wielką, ubraną na czarno murzynką, z kręconymi, spiętymi w koka włosami. Blada dziewczynka podeszła do niej i szepnęła jej coś do ucha.

 – Witajcie dziewczyny, niech zgadnę, trzy kostiumy, w tym jeden tylko do poprawki? – powiedziała murzynka.

 – Yyy…? – nie zrozumiała Aniela, ale Irna natychmiast odpowiedziała projektantce.

 – Tak.

 – Zdajesz sobie sprawę z tego, że Al już próbował wymyśleć coś dla naszej diablicy?

 – Tak wiem, ale mam pomysł, na stworzenie stroju, który będzie lewitował kilka milimetrów nad jej ciałem, to powinno załatwić sprawę.

 – Co? – Aniela była coraz bardziej skonfundowana zaistniałą sytuacją.

 – Hmm, to może się udać, ale dobra, pokazuj co tam masz!

Irna wyjęła z torby swój stary strój, po czym wręczyła go Vis.

­ – Niesamowite… – powiedziała projektantka gdy dotknęła materiału – naprawdę niesamowite, skąd to masz?

 – Wykonał ją mistrz Wondez Tue, po tym jak raz mu pomogłam.

Murzynka dokładnie przyjrzała się dziewczynie, po czym zapytała Irnę półszeptem – Wiesz, że on od 17 lat nie żyje, prawda?

 – Tak, byłam na jego pogrzebie.

 – Poczekaj… – powiedziała Aniela, ale projektantka przerwała jej

 – Wspaniały materiał, mocny i delikatny, Roselium – tak na to mówili pradawni.

 – DAJCIE MI COŚ POWIEDZIEĆ! – krzyknęła Aniela – Po pierwsze, jakim cudem ty – wskazała na Irnę – pomogłaś jakiemuś typowi, który umarł zanim się urodziłaś, oprócz tego, skąd do jasnej ciasnej miałaś ten strój i tę torbę, bo nie widziałam jej wcześniej i do tego o co chodzi z tą diablicą?!

 – Dobra, powiem ci, ale obiecaj, że zostanie to między nami, ok?

 – Obiecuje!

 – Czy kojarzysz ten posąg przy zejściu do podziemi?

 – Tak, to posąg ku pamięci Irny, bohaterki, która zaginęła piętnaście lat temu... – nagle Aniela coś sobie uświadomiła –  poczekaj… Irna jaka jest twoja moc, bo chyba jeszcze mi nie mówiłaś?

 – Moja wyobraźnia ma moc sprawczą.

 – A więc to jesteś ty? To samo imię, zdolności, nawet można wyłapać podobieństwo, ale jakim cudem?

 – Zostałam porwana i zamknięta na 15 lat w magicznej bańce, która zachowała mnie w formie niezmienionej, mimo upływu lat.

 – Dobra dziewczyny, wy tu gadu - gadu, a robota czeka – wtrąciła się projektantka – zejdźmy do mojej pracowni.

Mówiąc to machnęła ręką do białej dziewczynki, która zrobiła ruch dłonią, a cały pokój zaczął zjeżdżać w dół, niczym winda.

Gdy dziewczyny dojechały do pracowni, oniemiały z wrażenia  – kompleks był ogromny, pełen maszyn do szycia, wszelkiego rodzaju i koloru włókien i pracowników, będących głównie robotami.

 – Teraz pojedziemy do Sali Skanerów, gdzie komputer dokładnie zbada wasze parametry i umiejętności, co umożliwi nam wytworzenie dla was idealnych strojów.

 – To musimy chyba iść po Anastazje, czy nie? – Zapytała się Irna.

 – Monia ma już wszystkie informacje, które potrzebujemy.

 – Monia?

 – Nie przedstawiła się wam? – powiedziała zdziwiona projektantka -  Oj to nie ładnie z twojej strony – kobieta pogroziła palcem w stronę dziewczyny, której twarz dalej pozostawała w totalnym bezruchu.

Po dokładnym przeskanowaniu, pani Vis odprowadziła dziewczyny do bramy.

 – To cześć dziewczyny, stroje będą gotowe za jakiś tydzień, przyjdźcie tu w tedy je odebrać, ok?

 – Dobrze pani Vis, do widzenia!

Kolejne dni upływały w miarę spokojnie, a Irna poznawała kolejnych studentów i nauczycieli. Powoli zaczęła przyzwyczajać się do nowego systemu nauki, oraz bezgranicznej obojętności nauczycieli, którzy jak to nauczyciele mają w zwyczaju, wykazywali minimum zainteresowania tym, co się działo na lekcjach. Minimalne odchylenia od zasady pojawiały się tylko w przypadku nauczycielki od historii. Była ona niezwykle podniecona opowiadając przebieg wielkiej rewolucji i tego jak to sto lat temu grupa bohaterów – strażników równości, pod przewodnictwem Felicjana i Ala pokonała złych Rewolucjonistów, walczących o wyższość Odmiennych. Na szczęście w bitwie pod Bazarem ponieśli druzgoczącą klęskę, gdy ich dowódca Darkheirr tchórzliwie uciekł po porażce w pojedynku z Alem.

Ale jak wiadomo, wyjątki są wyjątkami, więc z grubsza Irna nudziła się przechodząc z klasy do klasy i słuchając monotonnego głosu wykładowców.

W piątek w godzinach popołudniowych, do Irny doszła wiadomość, o przybyciu Tompsona do miasta. Nie czekając na nic dziewczyna pobiegła w stronę lotniska, na którym, ów stary znajomy miał się znajdować. Jednakże z powodu długiego dystansu między Domem Dziewczyn, a lotniskiem, bohaterka rychle zmieniła sposób przemieszczania się na wyimaginowany motocykl z pełnym bakiem. Tak więc Irna przybyła na lotnisko tym jednośladem, o godzinie 19.30.

Tompson i Rag stali przy balustradzie na balkonie z widokiem na Miasto.

Starzy kumple spotkali się po długiej przerwie. Tompson przeczuwa że niedługo wydarzy się coś złego...

 – …A co się dzieje teraz w Mieście? Dawno tam nie byłem, więc wiesz… - powiedział Rag

 – W mieście zapanował nowy król zbrodni, nazywają go Czarnym Smokiem – powiedział Tompson, po czym upił łyk piwa – jest naprawdę nieprzyjemnie, ma coraz więcej zwolenników, a puki co wychodzi na to, że nikt nigdy go nie widział.

 – Co ty mówisz, wszyscy dla niego pracują, ale nie wiadomo czy w ogóle istnieje?

 – Tak mniej-więcej. Mi ta sprawa strasznie śmierdzi. Szukałem informacji w podziemiach i u wszystkich moich wtyk, ale oni też uważają, że to szambo jest zbyt głębokie, nawet dla nas, a oni wiedzą jakimi szambo nurkami jesteśmy – Tompson wydawał się być dosyć mocno rozjuszony.

 – Możesz przestać z tą gadką o szambie, kumam, jest bardzo źle, a twoje kontakty proponują ci jedynie byś dał sobie spokój, bo inaczej wielki, zły gangster spuści nam łomot. Dobra, mniejsza z tym, nie uwierzysz, ale…

Irna z wolna zbliżała się do balkonu, przy którym stali dwaj mężczyźni, nie potrzebowała wiele czasu by, określić kto jest kim, koleś w dżinsowej kurtce i bojówkach musiał być Ragiem, a jego kolega, w długim skurzanym płaszczu, kowbojkach i kapeluszu kowbojskim, z piwem w jednej ręce i cygarem w drugiej był na pewno Tompsonem.

Gdy dziewczyna zbliżyła się na odległość pół metra, Tompson odwrócił się i zrobił dziewczynie wielkiego misia.

 – Irna! – zawołał mężczyzna

 – Tompson! – odpowiedziała mu dziewczyna równie ciepłym okrzykiem.

 – Rag, czemu nie mówiłeś, że ją odnalazłeś?

 – Właśnie próbowałem.

 – Widzę, że przytyłeś! – krzyknęła Irna klepiąc starego przyjaciela po brzuchu

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • superkubus2001

    jest to tylko początek historii, zainteresowanych proszę o pisanie komentarzy i oczekiwanie na kontynuację

© Amator pisze opowiadania
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci